środa, 24 października 2018

Back to summer - czyli o tym jak minął nam wakacyjny tydzień nad morzem

Nauka w szkołach i na uczelniach rozpoczęła się na dobre więc pora trochę cofnąć się do wakacji i podsumować nasz wyjazd. W początkowej wersji mieliśmy jechać w zupełnie inne miejsce na wakacje, jednak z uwagi na Latające Psy, nasze miejsce wypoczynku uległo zmianie na bliższe Gdyni. Ostatecznie wylądowaliśmy w Jastrzębiej Górze. Jest to dość mała, turystyczna miejscowość, uroku dodaje jej klif, którym schodzi się na plażę.
Nasz wyjazd zaczynał się 20 lipca, kiedy to z samego rana, zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Mieliśmy do pokonania ponad 500 km. Na szczęście podróż minęła dość szybko. Po dojechaniu na miejsce i zameldowaniu się w hotelu nastała pora na poznanie okolicy. Wtedy też z Funym po raz pierwszy zeszliśmy na plażę. Po pokonaniu schodów(w dół poszło całkiem sprawnie, gorzej z powrotem) zastaliśmy niezbyt szeroką ale też niezbyt wąską plaże.
21 lipca kolejna pobudka z samego rana, zapakowanie wszystkich potrzebnych rzeczy do samochodu i wyruszenie w podróż na Latające Psy. Droga z Jastrzębiej Góry do Gdyni minęła nam w miarę szybko i na szczęście bez żadnych komplikacji(a było blisko; niektórzy ewidentnie uważają lusterka za zbędne). Żeby się nie powtarzać, więcej na temat Latających Psów możecie przeczytać w TYM poście. Funy jak zawsze jeśli chodzi o auto nie miał żadnego problemu i podróż w obie strony po prostu przespał.
W niedziele niestety już nie pojawiliśmy się na latających psach, za to wraz z rodziną wybraliśmy się w stronę półwyspu Helskiego. Zatrzymaliśmy się w Jastarni, tam znaleźliśmy też miejsce parkingowe, za które jak się okazało, z uwagi na niedziele, nie trzeba było płacić. Kolejnym plusem było to iż wprost z parkingu schodziło się na plażę. Tutaj też pierwszy raz użyliśmy naszej kamizelki chłodzącej, która bardzo pomogła Funemu dla którego upał był już duży i ani kąpiel w morzu, ani cień nie pomagały. Po założeniu kamizelki pies był jak nowo narodzony i wszystkie siły witalne powróciły.
24 lipca ponownie zawitaliśmy w Gdyni, tym razem bez Funego. Na początku podróż samochodem na Hel, następnie gonitwa za ogarnięciem parkomatu, kolejno bieg przez całe molo na tramwaj wodny, który miał nas zabrać już do Gdyni(tu chciałabym wstawić tylko, że chyba pora popracować nad kondycją). Na ostatnią chwile zdążyliśmy, nie spodziewaliśmy się aż takiego korku do ronda we Władysławowie, zwłaszcza, że kilka dni wcześniej był znacznie mniejszy. Naszym głównym celem w Gdyni było przejechanie się kołem widokowym i powiem wam, że widok jest niesamowity. W Gdyni mieliśmy dość ograniczony czas, z uwagi na godzinę tramwaju powrotnego więc tylko zdążyliśmy jeszcze pójść coś zjeść. Przeszliśmy się jeszcze chwilę po molo i wsiedliśmy w drogę powrotną. Na Helu udało mi się jeszcze złapać Anie od Zahira, dzięki czemu jeszcze raz po LP mogłam go wymiziać ♡ serdecznie Was pozdrawiam! Droga powrotna była niestety jeszcze dłuższa, a samo stanie w korku dłużyło się niemiłosiernie.
...

Pozostałe dni naszego wyjazdu spędziliśmy tak samo, od rana do popołudniowych godzin plaża, a po powrocie szliśmy coś zjeść. Ostatniego dnia, zmotywowana postem na blogu Oli od Kiby udało mi się zebrać z Funym na zdjęcia o zachodzie słońca; wyszło mega spontanicznie ale cieszę się że akurat wtedy trafiłam na ten post, dzięki czemu ruszyłam się jeszcze ten ostatni raz na plażę.
27 lipca nastał czas powrotu, po śniadaniu zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy w drogę. Tutaj Funy znowu pokazał, że jest kochanym i grzecznym pieskiem; przespał grzecznie cała drogę z wyjątkiem postojów, na których wszyscy mogliśmy rozprostować kości. Sam wyjazd był udany; poznałam masę nowych osób i ich psów, przejechałam wiele kilometrów, zobaczyłam, że Funy potrafi stanąć na wysokości zadania i jak zawsze mnie nie zawodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon z ♥ wykonała LDT